SERCE ZŁOTEM- CIAŁO ŻELAZEM

Wiek dojrzewania ma ogromny wpływ na każdego z nas. Wydaje mi się ,że właśnie w tym burzliwym okresie ,zaczynamy dopiero samodzielnie mieć wpływ na drogę, którą myślimy wstępnie ,że chcemy kroczyć. Metodą prób i błędów próbujemy urzeczywistnić się jako ”ktoś”.
Mogłabym napisać cały ten wpis na temat procesu i zachowań w tym okresie młodych dziewcząt i chłopców ,ale nie w tym kierunku chciałabym poprowadzić ten wpis.
Mając około 13 lat , zmieniając szkołę z Podstawówki na Gimnazjum , również dopiero wtedy zdobyłam ”świadomość” tego , że w życiu nie będę miała tylko z górki. Nie tylko jak większość osób miałam dbać o swoją dalszą edukację ,ale i również musiałam zacząć walczyć o swoje zdrowie.
W okresie 10 lat kiedy dopiero została postawiona mi diagnoza, o której wtedy nie było jeszcze tyle wiadomo ,co teraz… słowa Pani Doktor brzmiały niczym wyrok Piłata postawiony na ”winnym” bez możliwości złożenia apelacji .
Perspektywa odwiecznej rehabilitacji , która nie ma wyleczyć, a ewentualnie opóźniać postęp…zazwyczaj dla dziecka nie brzmi zbyt motywująco. Wydaje mi się , że nawet najbardziej inteligentne dziecko w wieku 10 lat nie jest w stanie dokładnie zrozumieć, co to znaczy ”choroba” genetyczna i tym bardziej postępująca , skoro w obecnym stanie badań jest jeszcze wszystko okey. Wyobraźnie każdy z nas ma wielką ,ale nie tak wielką, by wyobrażać sobie swoje indywidualne życie na przykładzie kart medycznych.
W przerażeniu od czasu diagnozy ,kiedy wszyscy mieli na 10:00 do szkoły jeszcze w podstawówce, ja już o 8:00 byłam na zajęciach ”indywidualnych” z rehabilitantem , który określił… że w sumie zajmuje się gimnastyką kręgosłupa i nie wiele wie na temat Rdzeniowego Zaniku Mięśni i takie ćwiczenia, kończyły się z szarfami na materacu w grupie dzieci ze skoliozą. Kształcić w tamtym okresie się nie chciało rehabilitantom, ponieważ nie było to opłacalne dla jednej osoby w mieście, a może i wtedy na Pomorzu.
Biorąc kartę wypisową ze Szpitala w Warszawie z zestawem około 21 ćwiczeń jak dobrze pamiętam , po lekcjach rozpoczynała się nudna do bólu gimnastyka w domu. Moją pasją, jako dziecko była jazda konna i taniec. Uczęszczałam przez dwa lata ,nawet w wyjeździe do Zakopanego z grupą taneczną.
Tak chciałam spędzać swój czas po lekcjach… nie na macie z nudną ,sztywną kartką i powtórzeniami. (Przecież wtedy wyraźnie zaznaczone było , że to i tak cudu uzdrowienia nie da).
Nie lubiłam lekarzy, nie lubiłam badań i podejścia do mnie, jako do kolejnego przypadku do wpisu ksiąg lekarskich. Nawet nie czułam się ,jakbym miała imię ,a jakbym była samą chorobą chodzącą po świecie.
Nie chcę powiedzieć, że jakikolwiek lekarz robił to umyślnie… myślę ,że taki był system naszej medycyny wtedy i plus to, mój młody wiek. W obecnych czasach świat troszkę się zmienił, chociaż od tego momentu minęło dopiero około 16lat … ale wymieniając swoje doświadczenia z innymi podobnymi przypadkami i podejściem do takich osób , których teraz nawet niestety nie ma już z nami- były podobne odczucia.
Nie mam pojęcia naukowego, jak samo podejście do dziecka , młodego człowieka i jego rodziców również, mających na swojej drodze wyzwanie pt ”choroba” wpływa na dalsze losy, ale myślę po własnym doświadczeniu ,że bardzo ma to kluczowy wpływ .
Mogę tylko dziękować Bogu, że na mojej drodze życia poza schematycznymi lekarzami, nie kompetentnymi rehabilitantami itd miałam okazje poznać ludzi , którzy przewrócili mój świat do góry nogami.
Moim pierwszym ”nauczycielem” , który odmienił całkowicie wszystko, co dotychczas miałam wtedy w tej młodej i niedoświadczonej głowie , był mój wujek Kazik.
W wieku 13lat po raz pierwszy wkroczyłam na drogę i filozofię medycyny niekonwencjonalnej, technik podchodzących do człowieka indywidualnie i głębszego sensu całego życia.
Wspomnę tylko, że pewnego razu człapiąc się do Kościoła, jak co niedzielę na mszę ,jako osoba wierząca ,byłam widziana w oczach nadciągającego z naprzeciwka księdza jako: wracająca z imprezy , trzeźwiąca lub jeszcze lepiej ,bo pijana dziewczyna ,która idzie z siostrą pod rękę z Clubu prosto do ”Domu Bożego”. Hmm… myślę , że nawet gdyby tak było ,byłoby to godne pochwały ,że jest miejsce dla Boga nawet po imprezie 😉 A już tak całkiem poważnie… słuchając przynajmniej u mnie na mszach o polityce, uciekającej młodzieży od kościoła itd nie znalazłam tam odpowiedzi na moje pytania i mojej duszy. Później chodziłam już tam tylko dla siebie , bo same mury robiły na mnie magiczne, wewnętrzne wrażenie, a wygłaszane treści o grzechach ludzkości , straszeniu piekłem i chorobie jako -w sumie nie wiem już i nie pamiętam nawet ,czym jest choroba według niektórych wyświęconych w koloratkach mówcach. Ale wszystko mi się nie zgadzało, buntowało wewnątrz i nie chciałam skończyć, jako cierpiętnica pytająca Boga ”Dlaczego? Dlaczego właśnie ja?” – właśnie odpowiedzi milczały. (A czym On biedny winien moich ”żali”?)
Mój wujek Kazik ćwiczył od wielu lat Tai Chi. Właśnie tak przez wiele lat zaczęła wyglądać moja rehabilitacja i zaczęłam być szczęśliwa. Nie byłam najlepszym uczniem , bo wtedy to był okres wielkich i długich spacerów z płcią przeciwną (jakbym chciała nachodzić się na przyszłość , tak na zapas za wszystkie czasy póki mogę). Ale dopiero wtedy czułam w sobie jedność z całym wszechświatem. Nie czułam się już jako ja i moja choroba – ja i moje ciało. Nieee… wtedy poznałam prawdzie połączenie między jednym i drugim. Nie były to proste ćwiczenia i schematyczne jak z szarfą, które wcześniej robiłam w tej grupie ze skoliozą. Za każdym razem moje ciało było inne, coraz inaczej je odczuwałam i coraz bardziej byłam go świadoma. Mój każdy oddech miał jakiś wpływ na ruch i wypełniał się z nim tworząc spójną, jedną całość. Wtedy wiedziałam już, że nie można nikogo szufladkować, że każdy nawet pod tą samą nazwą jest inny, ma inny cel , inne odczucia. Wtedy również zaczęłam szukać odpowiedzi nie z kościelnej ambony ,a z samej Biblii, książek napisanych przez wielkich mistrzów itd. Za każdym razem dotykając tych tematów , byłam cała przepełniona nie do opisania głęboką mocą …moje wnętrze ogarniał spokój, jakbym wracała do domu.
Oczywiście zaliczyłam również wyjazdy ”Zaniczków” i poznałam wiele cudownych istot zmagających się z tym samym, ale każdy z nas był tak różny… że rodziło się we mnie silne współczucie- ale nie do ich ciała, a właśnie do dusz , które są pozostawione same sobie w jakiś sposób… Tam również miałam okazję poznać pierwszego rehabilitanta z Krakowa , który zmienił moje zdanie na temat metod leczenia i rehabilitacji. Był to człowiek , który zaskoczył mnie gdy sam na wykładach mówiących o sposobach ćwiczeń i leczenia wspomniał o Tai Chi… siedziałam jak wryta, bo normalni ”lekarze” zazwyczaj uważają inne sposoby leczenia za ”zło” itd, a ten uświadomił mnie ,że jestem na dobrej drodze.
Szukałam dalej ciągle jeszcze ćwicząc z moim Wujkiem , różnych form uzdrowienia. Nie byłam ”chora”, tak jak to usłyszałam na wyroku w 2000 roku, a posiadałam ”dolegliwość”, z którą miałam pracować.
Miałam okazję poznać na swojej drodze życia niesamowitych ludzi , o których nie śniłabym jako ”zdrowa” osoba. Medycyna Tybetańska , która patrzy na człowieka całościowo (ciało i umysł), medycyna niekonwencjonalna, yoga, masaże itd, Mnisi, Jogini , ludzie głęboko wierzący- zaczęli pojawiać się na mojej drodze.
Może dziwnie ,to zabrzmi ,ale nie wiem czy oddałabym te doświadczenia za ”zdrowie”, którego nigdy nie byłabym tak świadoma… moje życie na pewno wyglądałoby bardzo przeciętnie, ja byłabym na pewno nie najlepszą kobietą , tak myślę patrząc na mój wcześniejszy umysł i postrzeganie świata… nie wiem jakby się potoczyła moja przyszłość, ale cieszę się z tego gdzie jestem teraz, chociaż nie zawsze jest to łatwe.
Kiedyś była ciągła presja i na pewno zna to każda osoba, która zmaga się z jakąś dolegliwością ,czy problemem- presja wyzdrowienia itd. Stawiamy sobie za cel przywrócenie się do fizycznej kondycji godnej Greckiego Boga, siły i walczymy. Jesteśmy wojownikami samych siebie. Walczymy z sobą na każdej płaszczyźnie. Nie wiem ,czy do końca akceptujemy tą walkę… wiem, że kiedyś byłam bardzo niepogodzona z tym co mam i z czym przyszło mi się zmagać. Stawiałam sobie cele , które nie wiem ,czy osoba przeciętnie zdrowa byłaby w stanie wykonać, bo dzień powszedni wielu ludzi nie wygląda jak trening sportowca przed zawodami. Ja swój jeden rok życia właśnie tak się zachowywałam. I zamiast dobrych efektów, dopadało mnie tylko rozczarowanie i poczucie swojej beznadziejności i zmęczenie. Ile można walczyć z czymś…a tym bardziej z samym sobą?
W pewnym momencie i nie powiem ,że miałoby to miejsce wiele lat temu…bo tak nie jest, przyszedł etap akceptacji. Kiedy pojawiła się nie walka ,a akceptacja , której nie można mylić z ”poddaniem”, przyszedł spokój.
Nikt z nas nie wie, jak będzie wyglądać nasz jutrzejszy dzień. Nikt z nas nie wie z czym przyjdzie nam się mierzyć. Jedno jest pewne- mamy jedno życie, nasze życie… nigdy nie porównujmy się z innymi i nie chciejmy przeżyć życia ,tak jak ktoś… mamy to, co mamy…zaakceptujmy to i z tym idźmy swoją wyjątkową drogą. Myślę, im bardziej otworzymy się na coś więcej… tym więcej do nas w życiu przyjdzie.
Każdy człowiek jest inny, każdy z nas ma inną drogę do odbycia i w różnym czasie. Nie zawsze mamy na to wpływ. Taka była moja droga i moje doświadczenia w danym momencie. Być może dziś wszystko wyglądałoby też inaczej i miałabym okazje spotkać innych ludzi i mieć inne doświadczenia.
Prawda jest taka, że cokolwiek się dzieje , dzieje się po coś. Być może ja musiałam doświadczyć takich przeżyć by wkroczyć na swoją drogę, a ktoś inny , kto zmaga się z czymś- musi mieć inną drogę i inne przygody by wkroczyć na swoją. Absolutnie w dniu dzisiejszym nie mam złych wspomnień do tych wszystkich doświadczeń, ponieważ ta przeszłość już ukształtowała mnie i jestem taka jaka jestem. Teraz. Mogę być wdzięczna za każdą porażkę i za każdy sukces. Każdej osobie , która odwróciła się ode mnie i która podała mi dłoń. Nie wiem ,co będzie jutro i jak dalej potoczy się moja i Twoja droga, ale na pewno jest to, co jest i tak, jak ma być 🙂

PEACE&LOVE-NAMASTE ❤

6 myśli na temat “SERCE ZŁOTEM- CIAŁO ŻELAZEM

  1. Bardzo mądre przesłanie.

    Z wieloma Twoimi przemyśleniami bardzo się utożsamiam. Tez uważam, że każdy ma swoją drogę, a wszystko dzieje się po coś. Trzeba tylko odkryć po co i zacząć żyć!
    Też nauczyłam się odczuwać wdzięczność i radość nawet trudnych doświadczeń. A każdy ma ich przecież pełne kieszenie…

    Pozdrawiam i życzę słońca 🙂

    P.s. chętnie zajrzę jeszcze, tylko proszę… interpunkcja… bo wszystko psuje i ciężko się czyta

    Polubienie

    1. Dziękuję bardzo za taką wiadomość -sprawiła mi wiele radości 🙂 Interpunkcja nie tylko na wirtualnym papierze jest u mnie kosmiczna,ale i sama moja ekspresja wymowy w realu i składanie zdań 🙂 Postaram się popracować nad tym, bo teraz świadomie (tak jak mówię) piszę, a sięgając takich tematów i tak mój mózg pracuje by treści z głowy i serca (a jest ich wiele) były chociaż minimalnie do zrozumienia:) Postaram się ułatwiać! 🙂 Dziękuję za wiadomość! 🙂

      Polubienie

  2. Pamiętam te wszystkie sytuacje, które opisałaś… Naprawdę łatwo jest wszystkim wyrażać swoje opinie na temat innych, nie rozumiejąc ich nieszczęścia i bólu. Ja zawsze powtarzałam, że nikomu nie życzę „tego”, bo niektórzy o „życzliwych” komentarzach i spojrzeniach już dawno popadliby w depresję i stracili sens życia. A… I jeszcze jedno na koniec. Każdy może wstać rano z łóżka zdrowy i szczęśliwy, jednak nie wie, jak może „zakończyć” swój dzień…

    Polubione przez 1 osoba

    1. Lepiej jest wstać zdrowym duchem, niż zdrowym ciałem… a ciężej się żyje z chorobą duszy niżeli chorobą ciała… 🙂 Więc oby było jak najmniej właśnie chorych dusz, bo ciało to tylko powłoka… i ciałem ducha nie zmienimy,a duszą ciało… kto wie 🙂

      Polubienie

  3. Zawsze podziwiałam Twoją siłę, Twoje podejście do „tej ” dolegliwości.. Ale chyba naprawdę coś w tym jest, że każdy ma do przebycia jakąś drogę, bo niejeden w takiej sytuacji poddałby się już dawno.. A Ty umiejętnie podążasz swoją ścieżką, kroczysz nią do celu… Gdzieś są te drzwi, o których kiedyś pisałaś. A przy okazji dajesz innym ważne drogowskazy, jak należy podążać przez życie.. To jest już wyższy poziom, gdyż nie każdy potrafi tak pięknie mówić o życiu i o jego sensie. Myślę, że jest przede mną bardzo wiele pracy, aby wejść na podobną drogę i kroczyć w podobnym kierunku… W tak mądrym postrzeganiu życia i jego krętych ścieżek…

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s